Wyszedłem na ulicę w najmodniejszych ciuchach. Do tego z przystrzyżoną brodą, w nowiuśkich sneakersach i oblany najnowszym zapachem od Giorgio Armaniego, przeglądając swój profil na Tinderze, gdzie tryskam optymizmem, zarażam uśmiechem i mam do siebie dystans.
W końcu jestem z miasta.
Wszedłem do korporacji, w której spędzę następne dwanaście godzin, aby zarobić na wielki apartament, podróże, gdzie zrobię sobie zdjęcia z palmami, wielbłądami i wulkanem Fuji w tle.
W końcu jestem z miasta.
Pytam koleżankę, jak jej mija dzień, na co słyszę, że jest w kiepskim humorze. Bardzo jej współczuję, ale odchodzę, aby mnie nie zaraziła tym humorem, bo ja muszę być zawsze uśmiechnięty.
W końcu jestem z miasta.
Tego dnia podpisuję umowę z klientem na dwa miliony miesięcznie. To się nazywa osiągnięcie! A nie byle co!
W końcu jestem z miasta.
Wracam do domu, spędzam godzinę na siłowni i dwie na jodze. Trzeba o siebie dbać.
W końcu jestem z miasta.
Kładę się spać głodny, gdyż późno nie jem, bo dbam o linię.
W końcu jestem z miasta.
Zasypiam, przypominając sobie, że odeszła ode mnie narzeczona, ponieważ stwierdziła, że nie potrafi żyć z manekinem. Uśmiecham się na tę myśl. Przecież to nic nie boli.
Jeszcze przebijają się złote promienie w trzecim miesiącu wstecz. Jeszcze rozświetlają bursztynem zalążek życia. Jeszcze nie całkiem się rozpłynąłem po podłożu wodnistym i śliskim.
Jeszcze serce nie całkiem przestało być dzieckiem.
Ale siedzę samotnie, wciąż pod tym samym adresem, wciąż widząc tę samą osobę, która się uśmiecha. Odjeżdżając, pozostawiłaś na mnie światło tylnych lamp. I przyciągnęłaś deszcz, który studzi wszystko wokół: ławka niby ta sama, a jednak zimna, ulice znajome, a jednak mroczne, powietrze wciąż życiodajne, a jednak niezdrowe.
Dwa, niegdyś wirujące nasiona, są teraz tylko śmieciami, które gospodarz zaraz sprzątnie, by chodnikiem mogły biegać dzieci.
Po wielu dniach życia w pętli czasowej, która nie zamierzała się skończyć, dopóki wszystko nie będzie dobre, wreszcie się wyrwałem.
Obudziłem się wypoczęty, choć z obawami. Lecz zamiast niedoskonałości istniała tylko nieskazitelność dobroci. I tak, sąsiad był dobry, sąsiadka także, nawet mieli tabliczkę na bramie z napisem: uwaga, dobry pies. Poszedłem do pracy, i wiecie co? Też była dobra. Szef również. I lunch w przerwie. Zgorzkniała kadrowa dobrocią pałała. Po pracy poszedłem na przystanek i od razu przyjechał dobry autobus. A za kółkiem dobry kierowca ustępował wszystkim innym.
Po całym tym dniu dobroci wróciłem do domu. I byłem kurewsko zmęczony.
Dawno temu po bagnach chodził stwór. Cały w błocie. Z każdym krokiem unosił na nogach zlepy. Przechodził kawałek i się zatrzymywał. Potem znów. Co ruch to wysiłek.
Wędrowała mgiełka. Gdy go zobaczyła, wzruszyła się, całkowicie przesłaniając widok.
Następny był wiatr. Wzburzył się, zrzucając z drzew liście, które stwora oblepiły jeszcze bardziej.
Później słońce zajaśniało z wrażenia, ale promieniami wysuszyło błoto, więc stwór stanął zmieniony w błotnisty posąg.
I tkwił tak wiele lat. Przechodnie robili sobie pamiątkowe zdjęcia, dzieci ganiały się wokół, nawet najbardziej radosny piesek obsikał nogę.
Któregoś dnia nadeszła chmura i poczuła w posągu ból. Zapłakała po raz ostatni…
Matka natura to odwieczne prawo. Wybór przetrwania wśród zmienności otoczenia. Losowanie szczęśliwych cech, by istnieć, by pozostać, nie pozostawić po sobie pustki. Nie pozostawić po sobie pustki…
Dzieciństwo to niewiedza, mierzenie kulą w płot, ale radosne, bo niewielkie duchem, szczęśliwe z naturą, swym skromnym rozmiarem. Potem obranie roli życiowej. Czasem takiej, która jest konsekwencją energii natury, przepływającego prądu między mitochondriami. To ta siła kieruje, aby rozpalić w sobie płomień pchający ku energii, temu, co elektryczne. I tak, człowiek, błądząc, wybiera rolę obywatela, aby chociaż złudna jasność żarówki zastąpiła energię wszechświata.
Ucieka się poza miasto, jak najdalej, do lasu, by zatopić się w energii, której erzacami karmimy się codziennie. W tym lesie prawdziwa dusza ożywa, roztapia się z lodu w płyn wewnątrzmaciczny, w którym powstaliśmy, który trzymał nas w bezpiecznych objęciach. Las ten, dziki w naszych umysłach, oplata marzeniami i emocjami, których na próżno szukać w świecie rozwiniętej cywilizacji.
I gdy poczujemy tę moc natury, jeden dzień bez ucieczki od nas samych jest jak niekończący się psychofizyczny ból uczuć, kiełkujący w samotność, w niezrozumienie, odtrącenie i brak nadziei.
Miałem dwa ogródki. Jeden blisko domu i tam chętnie wychodziłem, a drugi dalej, o którym szybko zapomniałem. Za jakiś czas zauważyłem, że ten drugi zaczyna zarastać chwastami. Tak bardzo mnie one denerwowały, że ogrodziłem ogródek wysokim płotem. I nie zaglądałem tam przez wiele lat.
Uważałem, że co tam rośnie, jest nie moje, bo przecież u mnie tylko kwiaty, warzywa i owoce.
Lecz któregoś dnia, gdy płot legł od zbyt silnego wiatru, przeraziło mnie to, co ujrzałem. Chwasty miały ponad dwa metry i były tak gęste, że przez nie zupełnie nic nie widziałem.
Ale już byłem zbyt stary, aby wprowadzić porządek.
– Oddałem mu swój stary rower. Prawda, że jestem dobrym człowiekiem? – zapytał żonę z uśmiechem.
– Nienawidzę tych idiotów, którzy chcą odstrzału dzików. – Trzasnęła za sobą drzwiami, wchodząc do kliniki aborcyjnej.
– Dla mnie najwyższą wartością jest człowiek. – Wstał od mikrofonu, zszedł z podestu, wyszedł i zadzwonił do kolegi. – Posłuchaj mnie bardzo uważnie. Twoje problemy biorą się z braku prawdziwych problemów.
– Ach, te sandały ze skarpetami… – Zaśmiała się i związała się z dobrze ubranym i pewnym siebie mężczyzną, nie wiedząc, że niedawno pobił swoją byłą kobietę.
– Doblo wlaca – powiedziała czteroletnia dziewczynka, trzymając za rękę mamę, gdy obie szły po raz ostatni w Oświęcimiu.
Mówił o sobie, że jest najprzystojniejszym mężczyzną, a twarz jak ze snu.
– Trzeba je wszystkie niszczyć! Nie mają prawa bytu! Nędzne szkiełka, które nawet to, co cenne, czyli srebro, posiadają nie z tej strony! – Cisnął lustrem o posadzkę.
Pewnego dnia wyszedł z domu i poszedł w nieznane tereny: łąki, pola, lasy. I na którejś z łąk zaskoczyła go trąba powietrzna. Ogromna. Wszystko zawirowało i stracił orientację na dłuższy czas. A odłamki raniły całe ciało.
Twarz pokryły zmarszczki, których wcześniej nie zauważał. Był zwykłym facetem.
Kilka dni później kupił wielkie, drogie i najlepszej jakości lustro. I już nie chciał go tłuc.
Jest rok 2098. Jak państwo wiedzą, już od ponad dekady panuje całkowity zakaz produkcji, noszenia i w ogóle posiadanie płaszczy przeciwdeszczowych i parasoli. Doskonale wiadomo, że przyczyną wprowadzenia tego zakazu była wygrana partii DYSZCZ, która dowiodła, iż powodem rozbicia się samochodu przewożącego słynnego hipstera McAjfona było światło słoneczne padające na przednią szybę, które oślepiło kierującego pojazdem, pracownika biura MAŚL, tzw. Maślaka. Od tego czasu powstał wręcz kult wszelkiego rodzaju opadów atmosferycznych. Podczas deszczu wszyscy przestają pracować i albo udają się na kawę, albo wychodzą zmoknąć, podczas śnieżycy wypłacane są dodatkowe premie i honoraria, a podczas gradu losowane wygrane w Światowej Loterii Wygranych MOTTO.
Jednak, proszę państwa, nie jest tak kolorowo. Nie wszyscy cieszą się z kultu opadów atmosferycznych i zakazu posiadania płaszczy przeciwdeszczowych czy parasoli. Na przykład taka pani Leokadia, znana na cały świat zbieraczka psich kup. Zapytaliśmy ją, z czym zmaga się na co dzień:
– Panie redaktorze. A toż to pan zapytał. Jak chory w kubeł.
– Pani Leokadio…
– Panie redaktorze. Zbierał pan kiedyś psie kupy? No, zbierał?…
– Tak.
– A próbował pan robić to w rzęsistym deszczu bez płaszcza czy parasola?
– Nie.
– Panie redaktorze. Toż to psia kupa przez palce przelatuje, płynna się robi. Jak tu żyć, jak tu żyć?
Szczeniak się narodził. Szczęśliwy, złakniony świata i pełen życia.
Niestety jego matka zdechła zaraz po porodzie.
Zaopiekowała się nim stara kwoka z gospodarstwa. Piesek, dorastając, obserwował kury i koguty. Grzebał w ziemi w poszukiwaniu pożywienia i podskakiwał, machając przednimi łapami.
Któregoś dnia wspiął się na najwyższą grzędę, uniósł łeb do góry i usilnie próbował… zapiać jak jego towarzysze. Ale z gardła wydobywało się tylko przeraźliwe zawodzenie bardziej przypominające wycie wilka do pełni księżyca. Gdy tylko usłyszał sam siebie, zakręciło mu się we łbie i spadł na twardą ziemię, łamiąc sobie łapę.
I gorzko zapłakał. Ale nie z bólu, przynajmniej fizycznego.
– Boże, tak bardzo w ciebie wierzę… Spraw, bym był najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Nie pragnę dużo pieniędzy ani sławy. Nawet wielka miłość już mi się nie marzy, bo potem, aby nadal być razem, trzeba mnóstwo wyrzeczeń.
Opadł na kolana i gorzko zapłakał, przypominając sobie, czego oczekiwał jeszcze pięć lat wcześniej.
– Wiem, że chciałem być milionerem. Posiadać najpiękniejszą kobietę w świecie… Swoją drogą to ciekawe słowa: p-o-s-i-a-d-a-ć kobietę… Już naprawdę, chcę jedynie być szczęśliwy!
Nazajutrz obudził się i nie pamiętał niczego. Ani własnej przeszłości, ani wyglądu zachodu słońca, ani nawet smaku świeżego chleba…