Opowiadanie jest inspirowane prawdziwą historią, jednak osoby i konkretne wydarzenia zostały zmyślone.
* * * * *
Dwaj koledzy spotkali się po latach u jednego z nich w Ursusie, gdzie wychowali się obydwaj. Nie widzieli się osiem lat, od czasu Euro 2012, kiedy razem kibicowali. Mieszkanie to znajdowało się na Niedźwiadku, postkomunistycznym osiedlu Ursusa, które powstało na początku lat siedemdziesiątych. Miało być przeznaczone głównie dla pracowników zakładów produkcji ciągników „Ursus”.
— Zdzichu, a pamiętasz, jak nic w sklepach nie było? — spytał Roman.
— Dokładnie, tylko ocet. Całe półki zastawione octem.
— A ile to się stało, żeby coś na kartki dostać?
— Tak, a ci, co mieli forsę, to szli do Pewexu i kupowali wszystko od ręki.
— Weź, nie przypominaj. Co to w ogóle za pomysł? W socjalizmie sklepy, gdzie ci, którzy mają więcej pieniędzy, mogą mieć wszystko, podczas gdy szeregowy obywatel nie ma nic.
— Tak, to wszystko było na pokaz. A potem taki Urban mówił, że rząd się jakoś wyżywi.
— Ani wódeczki nie było — Roman sięgnął po kieliszek i wzniósł toast — ani kawy — skinął, aby żona zrobiła właśnie kawę — ani papieru toaletowego.
— Ty, a pamiętasz, jak dostałem pracę w Warsie na kolei?
— Osz, kurde! Już zapomniałem! Co to się wtedy działo!
— A działo się, działo.
Czterdzieści lat wcześniej.
— Tylko pamiętaj, wyrzucaj torebki na przejazdach, bo jak zacznę szukać po torach, to jeszcze sokiści mnie zgarną.
— Dobra, mam nadzieję, że wtedy akurat nikogo nie będzie w pobliżu.
Gdy pociąg wyruszył z miejsca postojowego na Odolanach, w wagonie Warsu siedział już Zdzisław, przygotowany do serwowania dań i napojów w długiej trasie do Moskwy. Taki pociąg musiał być zaopatrzony idealnie, w końcu łączył kraj satelicki z Matuszką Rosją. Takim pociągiem podróżowało trochę oficjeli, którzy z różnych względów nie skorzystali z samolotu, ale także sporo zwykłych obywateli, których wszystko, co związane z Rosją, miało przekonać o słuszności wyboru socjalizmu na ustrój ich kraju. Obsługa dostawała po dwa komplety ubrań roboczych, na wypadek gdyby zaplamili lub uszkodzili to, co na sobie. Na pociąg składały się wielkie radzieckie wagony. Skład ciągnięty był przez dwa elektrowozy również ze wschodu. A i zaopatrzenie Warsu stało na najwyższym poziomie. Bo oprócz jedzenia, które nie było dostępne cały czas w zwykłych sklepach, mieli szeroki wybór napojów alkoholowych. Ale także i kawy.
Tymczasem jego przyjaciel od czasów dzieciństwa, Roman, z którym się wychowali najpierw w mieście Ursus, a potem mieszkali w tym samym miejscu, ale będącym już częścią Warszawy, przyjechał swoim Małym Fiatem na ulicę Gniewkowską. Zaparkował auto w pobliżu kolejowych zabudowań, aby nie rzucało się w oczy, i poszedł w stronę kilku przejazdów przez tory. Ulica Gniewkowska była w tym czasie prawie nieoświetlona, jedynie właśnie w okolicach nastawni czy innych budynków kolejowych stało kilka latarni. Roman rozglądał się, czy nie napotka sokistów lub milicji, bo zdawał sobie sprawę z tego, co robi. W końcu doszedł w okolice przejazdów kolejowych znajdujących się blisko ulicy Mszczonowskiej, gdzie wszystkie bocznice Odolanów łączą się w trzy tory biegnące dalej. Tu ukrył się w zaroślach i czekał na ten jedyny pociąg.
Kilkadziesiąt minut później pojawił się skład z dwoma elektrowozami i rosyjskimi wagonami. Jechał powoli, skrzypiąc kołami na zwrotnicach i zakrętach torów. Ostatnie rozejrzenie się, czy nikt się nie zbliża, i Roman tylko czekał na spadającą z nieba mannę.
Kiedy pociąg zbliżał się w umówione miejsce, Zdzisław zamknął się w toalecie, udając kłopoty żołądkowe. Przyłożył ucho do drzwi i nasłuchiwał przez chwilę, czy nikogo nie ma blisko, kto mógłby nakryć go na tym, skądinąd przestępczym, procederze. W końcu otworzył rozsuwane w pionie okno i wychylił się, aby zobaczyć, czy nie ma nikogo niepowołanego. Ale widział jedynie ciemność Gniewkowskiej i malutki jasny punkcik w krzakach, który był informacją od Romana, że teren czysty.
Zdzisław wyciągnął spod marynarki i ze spodni kilka torebek wypełnionych ziarnami pierwszorzędnej kawy i, gdy przejeżdżał przez przejazdy kolejowe, wyrzucił torebki na tory.
Ostatnie wagony przetoczyły się leniwie. Roman jeszcze raz się rozejrzał, czy nikogo nie ma w pobliżu, zapalił latarkę i niemal biegiem rzucił się w poszukiwaniu torebek z kawą. Zebrał prawie wszystkie, ale jedna z nich pękła w czasie upadku i ziarenka rozsypały się po torach. Roman przez chwilę nie wiedział, co ma robić. Przecież to, co się rozsypało, było warte na czarnym rynku sporą sumę, jednak czy miał zbierać po ciemku? Zajęłoby to sporo czasu, więc ryzyko, że ktoś go zauważy, istniało spore. Mimo wszystko Roman wziął w zęby latarkę i zaczął zbierać ziarenko po ziarenku, które z braku torebki wrzucał do kieszeni. W pewnym momencie usłyszał przetaczany skład na Odolanach. Dźwięki były głośne, roznosiły się echem pobliskich hal remontowych.
Roman, po kilku minutach zbierania, oprócz dźwięków pociągu, nagle usłyszał zbliżające się kroki. Podskoczył z nerwów. Ujrzał obok siebie młodego sokistę, który właśnie zapalił służbową latarkę i skierował ją na Romka.
— Co pan tu robi? Tu nie wolno przebywać! — rzekł podniesionym głosem służbista.
— Ja? — Roman się zawahał. — Szedłem od znajomych, którzy dali mi trochę kawy, i gdy przechodziłem tu przez tory, potknąłem się o szynę, wypadła mi torebka i wzięło się wszystko rozsypało. — Roman pokazał na resztę ziarenek kawy na ziemi.
— To kawa? — spytał podekscytowany funkcjonariusz.
— Tak, najprawdziwsza. Panie, toż jak to pozbierać? Rodzina już się cieszyła, a ja taki niezdara wszystko zaprzepaściłem.
— Tu nie wolno przebywać! — podniósł głos sokista. — Proszę stąd odejść, natychmiast.
— Ale… — Roman chciał coś powiedzieć, ale służbista położył dłoń na pistolecie w kaburze przypiętym do pasa.
Roman zrozumiał wszystko wnet. To, czego nie zdążył zebrać, musiało pozostać dla sokisty, taka była decyzja władzy. W sumie dużą część wyzbierał, a i parę torebek miał już schowanych. Wiedział więc, że nie może się sprzeciwiać, bo służbista jeszcze gotów zrobić mu rewizję osobistą, a wtedy zobaczyłby torebki z napisem „Wars”, co byłoby niezaprzeczalnym dowodem, że kawa pochodzi z przestępstwa.
Już Roman chciał wstawać, gdy zobaczył, że jeszcze nie podniósł rozdartej torebki z napisem „Wars”, która leżała dobre pół metra od niego. Nagle wpadł na pomysł:
— Dobra, już idę, tylko proszę mi powiedzieć, czy cała ta ulica jest tak ciemna? — Wskazał na Gniewkowską w stronę wschodnią.
— To nie mój problem, proszę stąd odejść. — Jednak sokista mimowolnie odwrócił się we wskazanym kierunku.
W tym czasie Roman niemal rzucił się na torebkę leżącą na torach i schował ją, gdzie popadnie.
Wstał i odchodząc, rzucił jeszcze rozpaczliwie:
— Boże, tyle kawy, tyle kawy.
Kiedy pociąg dojechał do Moskwy, a ostatni pasażerowie opuścili skład, przyszła kolej na pracowników. Każdy z nich, przed opuszczeniem pociągu, przechodził dokładną kontrolę, czy nie wynosi z Warsu jakichś towarów. Sprawdzane było nie tylko ubranie, ale i pobieżnie ciało.
W ten sposób Roman wydarł z rąk reżimu odrobinę luksusu, odrobinę wielkiego świata. Przyjechał do Ursusa, już będącego częścią Warszawy, i z niecierpliwością czekał z rozpoczęciem kawy na przyjaciela, aż ten wróci z Moskwy.
Do dziś ulica Gniewkowska nazywana jest przez niektórych Szlakiem Zbieraczy Kawy, bo naśladowców Romana i Zdzisława znalazło się więcej.