To było dla mnie jak olśnienie. Siedziałem jak oniemiały w półmroku sali gimnastycznej i nie mogłem uwierzyć, że to ty. Miałem wrażenie, że doświadczam cudu, a dźwięki pochodzą z mojej wyobraźni. Oświetlona byłaś punktowym reflektorem, który eksponował to, jak kołysałaś się przy klawiaturze. Nigdy wcześniej nie słuchałem z przyjemnością muzyki poważnej, a wtedy czułem, że żadna inna nie dorasta jej do pięt. Dopiero gdy skończyłaś, oprzytomniałem, zamknąłem rozdziawione usta i byłem w stanie wstać i bić brawo. Pamiętam, że aż rozbolały mnie dłonie. Potem wracałem do domu, nucąc sobie ostatni utwór, mimo iż nie był łatwy.
Moi rodzice to bardzo wykształceni ludzie. Tyle się od nich nauczyłem: o polityce, o religii, która stanowi opium dla mas, o biznesie. Nawet na temat historii i geografii. Niejednokrotnie potrafiłem zagiąć kolegów i koleżanki na wiele tematów. Tyle że jakoś nigdy nie umiałem mówić o sobie, o swoich najgłębszych uczuciach. Także o tym, czego doświadczyłem w szkole. Jak choćby o początkach miłości. Od rodziców też niczego takiego nie słyszałem. Zazdroszczę, że nie mają żadnych problemów osobistych.
Tydzień później, gdy już wakacje trwały w najlepsze, zaprosiłem cię na spacer do pobliskiego lasu. Zgodziłaś się, choć w szkole nie utrzymywaliśmy praktycznie żadnych stosunków. Przyszłaś w zwiewnej sukni, w aksamitnej chusteczce na włosach i z łańcuszkiem na prawej kostce nogi. Wyglądała trochę, jakby zsunęła ci się drogocenna podwiązka od pończochy. Właśnie tak wyobrażałem sobie młodziutką artystkę. Pamiętam, że weszliśmy na niewielkie wzgórze, na którego szczycie rozciągała się spora polana z żółtymi mleczami, niebieskimi chabrami i kilkoma płaczącymi wierzbami. Usiedliśmy pod jedną z wierzb i zasypałem cię pytaniami dotyczącymi gry na fortepianie. Odpowiadałaś spokojnie, z namaszczeniem; czułem, że muzykujesz z pietyzmem. Ale gdy zadałem ci pytanie o to, co nakłoniło cię do gry na fortepianie, zamilkłaś, stuliłaś głowę i bardzo posmutniałaś.
Tydzień później dałaś się pocałować pod tą samą wierzbą. Był to pierwszy pocałunek w moim życiu. Jak później powiedziałaś, w twoim też. Doznałem nirwany: nie istniał świat, nie liczyły się problemy, zanikło odczuwanie reszty świata. Wtedy pierwszy raz poczułem od ciebie chłód. Z jednej strony całowałaś czule, z podnieceniem, a z drugiej dało się wyczuć opór. Coś trzymało cię na przysłowiowej smyczy i nie dało puścić się dzikim pędem w stronę pożądania.
Potem wielokrotnie odwiedzałem cię w domu, ale tylko wtedy, gdy byłaś sama. Za każdym razem bardzo pilnowałaś, czy nikt nie nadchodzi, oraz godziny, kiedy musiałem już wyjść. Zawsze prosiłem, żebyś zagrała swój ulubiony utwór, i za każdym razem była to ta sama kompozycja Chopina, którą słyszałem wtedy w sali gimnastycznej. Któregoś razu, gdy grałaś, podszedłem do twoich pleców i przytuliłem się. Oparłaś mi głowę o klatkę piersiową, zamknęłaś oczy i zagrałaś chyba najpiękniej, jak potrafiłaś. Również zamknąłem powieki. Staliśmy się jednym organizmem.
Wyszłaś na chwilę do toalety i zostałem sam przy tym instrumencie, dzięki któremu staliśmy się sobie bliscy. Wierzyłem, że to dźwięki zawarte wewnątrz instrumentu wychodzą same pod wpływem naciskanych klawiszy i wpływają do ciała artysty i słuchaczy. Podszedłem do fortepianu, uniosłem dłoń nad klawiaturą w miejscu, gdzie dźwięki wydawały się najprzyjemniejsze, zamknąłem oczy i do głowy mi przyszło, aby pomyśleć życzenie. Pierwsze, o czym zamarzyłem, to aby być z tobą.
Po prostu być razem z tobą.
Już chciałem nacisnąć klawisze, które miały zadziałać podobnie jak spadająca gwiazda, gdy weszłaś. Odskoczyłem od fortepianu, zupełnie jakbym chciał dokonać przestępstwa, a przynajmniej świętokradztwa. Poczułem, że gdybym dotknął klawiszy, poparzyłbym się.
Dwa dni później poszliśmy na tę samą polanę na szczycie wzniesienia już wieczorem. Siedzieliśmy pod płaczącą wierzbą, gdy powoli zapadał zmrok. Wtedy po raz pierwszy się kochaliśmy. Nad głowami szumiał wiatr, obok tętniła dźwiękami rzesza czerwcowych świerszczy, w oddali pomrukiwało miasteczko, a obok wzdychałaś ty. Czułem, jak każdy twój głęboki oddech przewiercał mnie emocjonalnie i mocował uchwyty w moim ciele, dzięki którym wystarczyło jedno dotknięcie, abym był twój.
Od tego dnia spotykaliśmy się codziennie, ale zawsze, gdy nie było twoich rodziców. Potem wracałem do domu i włóczyłem się samotnie po okolicznych drogach i ścieżkach, nie mogąc się otrząsnąć z miłości, która mnie dopadła. Z drugiej strony moim celem i marzeniem było właśnie, aby się nie otrząsnąć. Chciałem trwać w tym stanie jak najdłużej. Zaniedbywałem kolegów, zdawkowo traktowałem rodzinę, a że trwały wakacje, nie musiałem się martwić nadchodzącą w najbliższym roku szkolnym maturą. Nawet kładąc się spać, myślałem o tobie. I prawie codziennie mi się śniłaś.
Kilka tygodni później, gdy wakacje zbliżały się do końca i siedzieliśmy pod tą samą wierzbą, powiedziałaś, że nie miałaś już dwóch okresów. Zamarłem. Przytuliłaś się do mnie i wyszeptałaś:
– Obym się myliła, bo ojciec mnie zabije.
Nie potrafiłem na to odpowiedzieć. Siedziałem jak oniemiały. W jednej chwili miałem ochotę pozbyć się ciebie z mojego życia, uciec jak najdalej, oby tylko uniknąć odpowiedzialności. Nie byłem w stanie sobie wyobrazić siebie jako ojca, gdy sam niejednokrotnie potrzebowałem jeszcze opieki. Miałem w końcu dopiero osiemnaście lat.
Tego dnia wróciłem do domu, wszedłem w ubraniu do łóżka i przykryłem się cały kołdrą, chcąc uciec od bezwzględnego świata. Odciąłem się od wszystkiego i zapadłem w marzenia. Nagle zobaczyłem pod tą kołdrą mały, świecący fortepianik wielkości pudełka po butach. Przybliżyłem głowę, aby się upewnić, czy nie mam zwidów. Jednak był, istniał i, jakoś tak, promieniował. Jeszcze bardziej się do niego zbliżyłem. Poczułem woń starego mebla, jakiej często można doświadczyć w muzeum czy leciwym, drewnianym domu. Odruchowo wyciągnąłem rękę, aby go dotknąć, ale dokładnie w tym momencie poczułem, że przeszył mnie prąd elektryczny. Zacisnąłem kilkakrotnie palce, upewniając się, że nie odebrało mi czucia, i przypomniałem sobie grane przez ciebie utwory. Znów poczułem, że gdybym dotknął klawiatury tego malutkiego fortepianu, dokonałbym świętokradztwa, a może zerwał z muzycznego nieba najjaśniejszą gwiazdę, która świeciła, odkąd usłyszałem cię w sali gimnastycznej. Zamknąłem oczy i odpłynąłem, gdzie nie istniały troski, gdzie wciąż byłaś tą dziewczyną, która swoją grą dostarczała mi jedynie rozkoszy, a nie odbierała nic, informując o braku okresów. Rozpłynąłem się w niebycie beztroski.
Od tego dnia starałem się ciebie omijać, szerokim łukiem obchodzić okolice twojego domu i nie zbliżać się do polany na wzniesieniu, gdzie uprawialiśmy seks. Często chadzałem na długie spacery, daleko poza granice naszego miasteczka, aby zostawić za sobą nadchodzący ciężar odpowiedzialności. I to mi się udawało. Miewałem wrażenie, że wraz z krokami pompuję do głowy hormony, które pomagają spojrzeć na problem z dystansu lub po prostu przezwyciężyć złowrogi lęk. Radowałem się wtedy każdym napotkanym drobiazgiem, każdym symptomem spontanicznego życia. Potem wracałem do domu, gdzie zwykle dopadało mnie zniechęcenie, apatia i coś na kształt depresji. Rodzicom kazałem mówić, że nie ma mnie dla nikogo, i nawet dla ciebie nie robili wyjątków. Kilkakrotnie prosiłaś, abym się z tobą skontaktował, ale nie chciałem o tym słyszeć. Wieczorami wchodziłem pod moją kołdrę, bo chciałem znów zobaczyć ten malutki fortepianik. Ale się nie pojawiał. Znikł. Z mojej wyobraźni czy już z realnej rzeczywistości?
Tydzień później zapukała do mnie policja, kiedy siedziałem w domu sam. Naiwnymi i dziecinnymi oczyma wyobraźni zobaczyłem, jak zawiadamiasz ograny ścigania, że próbuję uniknąć odpowiedzialności. Stanąłem na baczność i oczekiwałem wyroku. Jednak policjanci ze smutkiem spytali, czy mogą wejść, i po chwili usiedli na kanapie w dużym pokoju. Zaczęli pytać, co mnie z tobą łączy, jak układały się nasze stosunki i kiedy widziałem cię po raz ostatni. Odpowiadałem doskonale, na każde pytanie pełnymi zdaniami, czułem, że jak tylko wypadnę dostatecznie dobrze, to sobie pójdą i nie powróci koszmar braku twoich okresów.
Jednak po chwili jeden z nich wstał, podszedł do mnie, wziął mnie tak po ludzku za przedramię i oświadczył:
– Ania nie żyje. Zabił ją ojciec, gdy dowiedział się, że jest w ciąży.
Nie pamiętam nic więcej z tego wieczoru. Kojarzę jedynie, że zaszywając się pod swoją kołdrą, znów widziałem świecący fortepianik. Tym razem pachniał jeszcze mocniej, kusił zamkniętymi w środku złotymi dźwiękami jeszcze bardziej, stwarzał jeszcze większe poczucie bezpieczeństwa. I obija mi się po głowie, że byłem bliski, aby nacisnąć klawisze, wydobyć dźwięki, ale z jakiegoś powodu tego nie zrobiłem.
W połowie września rozchorowałem się na tyle, że wzięto mnie do szpitala. Byłem w takim stanie, że nie reagowałem na innych ludzi. Pierwszy raz przyszedł do mnie psychiatra. Mówił językiem, którego pojedyncze słowa rozumiałem, lecz całość mieszała się, tworząc miksturę z innego wszechświata. Posiedział przy mnie dłuższy czas, próbował rozmawiać, ale de facto był to monolog. Odchodząc, polecił, aby podawać mi jakieś proszki, nawet gdybym odmawiał. Potem było jak w wehikule czasu: ludzie krzątali się wokół mnie w przyspieszonym tempie, słońce i chmury tańczyły za oknem, a cykl dnia i nocy stał się jak oddech, dzięki któremu jeszcze żyłem.
Po jakimś czasie, gdy zapłakani rodzice po raz kolejny rozmawiali z lekarzami, zdecydowano, że przewiozą mnie do domu i tam będą doglądać. Mama odeszła z pracy, aby się mną opiekować, a tata sprowadzał kolejnych psychiatrów i psychologów. Żaden nie mógł znaleźć ani kontaktu ze mną, ani tym bardziej sposobu na przywrócenie mnie do stanu zdrowia psychicznego. Znów ludzie biegali w przyspieszonym tempie, ja tkwiłem w bezruchu, ale ani nie reagowałem na słowa, ani nie byłem w stanie zadbać o swoją cielesność.
Od momentu, gdy dowiedziałem się o twojej śmierci, trwało to równo dziewięć miesięcy. Wciąż tkwiłem w łóżku, wciąż prawie bez ruchu, wciąż bez kontaktu. Aż gdy któregoś dnia z samego rana mama zrywała kolejną kartkę kalendarza, pod którą widniała właśnie dziewiąta miesięcznica, nagle wstałem i wyszedłem z domu w piżamie na bosaka. Mama próbowała mnie powstrzymać, ale odepchnąłem ją z taką siłą, jakbym przez te wszystkie dni w łóżku zbierał energię właśnie na tę chwilę. I poszedłem poza miasto. Świeciło mocne słońce, była połowa maja, a ja wędrowałem, gdzie mnie nogi poniosły. W głowie od samego rana grała mi melodia, którą ty wtedy zagrałaś na sali gimnastycznej. Nie wiem, ile kilometrów pokonałem, ale do domu wróciłem z pozdzieranymi do krwi stopami. Znów wezwano psychiatrę i policję, która ponoć szukała mnie cały dzień. Ale znów nie było ze mną żadnego kontaktu. Ponownie zaszyłem się pod kołdrą i po raz kolejny ujrzałem ten mały fortepianik. Muzyka w głowie ucichła natychmiast, zawstydzona prawdziwym pięknem, jakie skrywał w sobie ten miniaturowy instrument. Tym razem poczułem od niego silne ciepło, wręcz emanował nieparzącym gorącem. Przytuliłem się i zapragnąłem stać się z nim jednością. Kusił mnie, nęcił, choć sam nie do końca rozumiałem do czego. I tak jak poprzednio patrzyłem jak zahipnotyzowany w klawisze, ale nie odważyłem się ich dotknąć.
Po wakacjach wróciłem do szkoły, choć do innej grupy ludzi, bo moi byli już po maturze. Nauka szła mi całkiem nie najgorzej. Codziennie jadłem posiłki, normalnie spędzałem ze starymi przyjaciółmi wolny czas i zwyczajnie chadzałem na osiemnastki nowych znajomych. Rano, po przebudzeniu długo wylegiwałem się w łóżku, patrząc, jak słońce wolniutko przesuwa się po nieboskłonie, jak podlatują na parapet wróble i sroki, i wpatrują się w moją stronę. W drodze do i ze szkoły liczyłem pod stopami płytki chodnikowe, próbując za każdym razem osiągnąć dokładnie tę samą ilość kroków. Często zasiadałem w kuchni przy oknie i wpatrywałem się w przeszklony świat, zupełnie jakbym mógł znaleźć tam to, co…
Dni upływały tak samo, ale z każdym przebudzeniem wdzierała się do mojej głowy coraz potężniejsza cisza, która sobą zakłócała dźwięki z zewnątrz. A wraz z tą ciszą narastała pustka, do zapełnienia której z każdym dniem brakowało coraz więcej środków. Czułem, że wewnątrz mojej głowy powstawała gigantyczna jaskinia dudniąca echem, które, zniekształcając wszystkie dźwięki, tworzyło coś, czego nawet nie byłem w stanie nazwać. I na co dzień coraz bardziej mnie korciło, aby zagrać na tym malutkim fortepianiku.
Aż któregoś razu, gdy po jednej osiemnastce odprowadzałem do domu dobrą koleżankę, ona oświadczyła mi się, powiedziała, że żyć beze mnie nie może, że nigdy nie spotkała kogoś takiego jak ja. Rzuciła mi się na szyję i zaczęła całować. Nie wiem, co zrobiłem, ale ocknąłem się, gdy siedziałem po turecku przed twoim grobem. Przyszedłem tu pierwszy raz. Sam nie wiem, jak tu trafiłem. Przed oczyma miałem napis:
Zmarła razem z nienarodzonym dzieckiem śmiercią tragiczną.
A poniżej:
Nie lękaj się, ona czeka na Ciebie w niebiesiech.
Znów nie wiem, co się ze mną działo przed dłuższy czas. Pamiętam jedynie, że w nocy włamałem się do apteki i wykradłem spory zapas leków nasennych. Potem też niewiele kojarzę, aż do momentu, gdy ponownie zaszyłem się pod kołdrą. W świetle fortepianiku nasypywałem do garści tabletek i popijałem wódką prosto z butelki. Podchodziłem bliżej fortepianu. Ciało stawało się coraz bardziej bezwładne, powieki coraz cięższe, aż poczułem, że jestem w wehikule czasu.
Siedziałaś na sali gimnastycznej i grałaś utwór muzyki poważnej. Nie mogłem uwierzyć, że dziewczyna, którą tak dobrze znałem, potrafi tak grać. Nagle muzyka ucichła, ty wstałaś od fortepianu, podeszłaś do mnie, wzięłaś za rękę i delikatnie pociągnęłaś w stronę drzwi, za którymi jaśniało błękitne, żywe światło. Poszedłem za tobą.
Mały fortepianik wciąż świecił. Pierwszy raz w życiu pewnie wyciągnąłem ku niemu dłoń i…
Nacisnąłem klawisze.
Odezwał się złotym dźwiękiem.
I rozbłysł błękitnym światłem, które mnie pochłonęło.