Właśnie wróciłem ze spotkania kreatywnego pisania w teatrze Powszechnym. Byłem tam już z dziesięć razy. Na początku myślałem, że to coś dla mnie, że się wkręcę, ale nie. Powoli mam i tego dość, mimo iż prowadzący jest super, atmosfera również. Czego bym nie zaczął robić, zaraz mi się nudzi. Czy to normalne? Takie chyba czasy, że trzeba wszystkiego spróbować, aby się dowiedzieć, z czym nam po drodze. Tylko telefon jeszcze twardo trzymam w łapie i sprawdzam co chwilę. Mam na nim zainstalowanego Facebooka, gdzie założyłem chyba ze dwadzieścia grup, ale już nie chce mi się ich pilnować; powoli administrowanie oddaję innym. Jedynie nadal aktywnie uczestniczę w grupie „Miejscy odkrywcy”. Ciekawych rzeczy można się dowiedzieć o Warszawie. Bo kto wiedział, że w stolicy jest sporo miejsc, gdzie nadal są ślady krwi powstańców z Powstania Warszawskiego? Szczególnie dużo tego na Mokotowie, bo tam sporo marmurów, a właśnie w marmurach dobrze zachowują się takie ślady. Albo dziś wyczytałem, że nadal można by przejść kanałami, dajmy na to, z Woli na Mokotów. To niezwykle intrygujące. Kładę się spać, bo ani filmy mnie nie za bardzo kręcą, ani słuchanie muzyki, ani co innego.
Nazajutrz wstaję rano, mimo iż wolny piątek. Ale czemu się dziwić – położyłem się z kurami, to z nimi wstaję. Otwieram okno, dzień jest pochmurny, ale nie pada, dochodzi mnie ciężka woń smogu. Wyglądam. Pod oknem na Puławskiej przejeżdża z charakterystycznym wyciem tramwaj, nieco dalej słyszę dźwięk karetki pogotowia, a z nieokreślonego kierunku dobiega mnie muzyka „It’s a kind of magic”. Po kilku minutach parzę sobie kawę, słuchając wiadomości, w których podają, że dziś Puławską, pewnie pod moimi oknami, przejdzie wielka demonstracja. Też sobie wybrali miejsce. Jak by się od tego uwolnić, wyrwać z tej całej polityki i wszystkiego innego? Godzinę później siedzę bezczynnie przed komputerem i nie wiem, co mam ze sobą zrobić. Trzy dni wolnego, podczas których zrobię wszystko, aby się nie nudzić. A gdyby tak?…
Wychodzę godzinę później, ubrany z najgorsze ubrania, jakie mam, ortalionową starą kurtkę, gumiaki, których używałem dotychczas na grzyby, dwie latarki i kompas. Zjeżdżam windą, kurtka szeleści, jakby oznajmiając światu, że nadchodzę, dosiada się starsza kobieta i dziwnie mi się przygląda. Przystawiam włączoną latarkę od dołu do brody i robię głośne: uuuuuuu! Kobieta odsuwa się pod samą ścianę, przez chwilę przygląda i w końcu puka się w czoło. Parskam śmiechem. Wychodzę z bloku, kierując się w stronę Wisły. Wiem, że tam mało ludzi się kręci.
Docieram na miejsce. Rozglądam się. Oprócz mnie nie ma żywej duszy. Tu jest to miejsce. Podchodzę na tył niewielkiego budynku, bo tu widziałem studzienkę, którą na pierwszy rzut oka można łatwo otworzyć. Nachylam się i ją chwytam, jest wyjątkowo ciężka, ale się rusza. To dobry znak. Ciągnę ją do siebie, idzie!
Już prawie trzymam ją pewnie w rękach, gdy wyślizguje się. Próbuję uchwycić!
– Auć!
Przygniotło mi palec. Wyszarpuję go z bólem. Nie wygląda na złamany, ale boli bardzo. Wyciągam z kieszeni klucz i podważam dekiel studzienki. Tym razem idzie, jak trzeba.
Odkładam okrągły dekiel nieco na bok, aby jak wejdę zamknąć za sobą.
Wchodzę.
Czuję ostry smród ścieków i słyszę płynącą wodę. Ciekawe skąd ona, przecież ostatnio nie padało. Stawiam stopę na szczeblu drabinki, ostrożnie, sprawdzając, czy nie odpadnie. Wygląda na wytrzymałą. Schodzę niżej. Chwytam się rękami drabinki i znów czuję w palcu ostry ból. Może powinienem zawrócić? Ale nie, muszę to zrobić!
W końcu jestem na dnie. Jest dość ciasno, mokro, a nad głową widnieje wejście. Cholera, zapomniałem zamknąć włazu! Włażę więc z powrotem na górę, palec boli jak cholera i nagle słyszę pod sobą jakieś dziwne dźwięki. Przez chwilę się przysłuchuję. Jednak teraz do moich uszu dobiegają tylko szum przepływającej wody i odgłosy spadających kropel. Sięgam więc nad głowę i ze zgrzytem zasuwam właz. Zapada prawie całkowita ciemność. Nawet nie widzę końca swojego nosa. Tylko dwa małe świecące otwory we włazie. Wyciągam latarkę i włączam. Schodzę ponownie na dno.
Schylony idę niewielkim kanałem na północ. Pod stopami chlupocze woda, na głowę spadają duże krople, wszystko to wzmocnione pogłosem i echem, których nie powstydziłby się najlepszy horror. Smród nadal dokucza, ale z każdą chwilą przyzwyczajam się i coraz mniej zwracam na niego uwagę. Widoczność ogranicza mi unosząca się para wodna; widzę przed sobą na pięć metrów, nie więcej. Ostrożnie stawiam stopy, bo nie mam pewności, co znajduje się pod powierzchnią nieprzezroczystej warstwy wody. Tyle razy marzyłem o takiej wyprawie, żeby zobaczyć, co dzieje się pod stopami Warszawy, a teraz to po prostu robię. Czuję się świetnie. Wręcz roznosi mnie energia.
Zaczynam śpiewać. Byle co. Oby tylko wyrazić radość, emocje. Im głośniej, tym lepiej, i tak nikt nie usłyszy. Choć z drugiej strony, nawet śmieszne byłoby, gdyby kogoś dobiegły głosy z kibla. Ale wiem, że to niemożliwe, bo jestem w kanale ściekowym, a nie w szambowym. Już sobie wyobrażam minę zdrowego, silnego mężczyzny stojącego na studzience, z której dobiega śpiew.
Matka ziemia ożyła, strzeżcie się, nadchodzi czas apokalipsy!
Na przemian zaczynam się śmiać i śpiewać.
Idę dalej, przed siebie, napotykam rozwidlenie. Widoczność teraz już jest lepsza, na kilkanaście metrów. Przede mną odchodzą dwa korytarze. Wyciągam kompas. Jeden korytarz biegnie na zachód, drugi na północny wchód. Na dłuższą chwilę się zatrzymuję. Co robić? Jednak gdy tak stoję w bezruchu, ogarnia mnie coś dziwnego. Czuję się jak nigdy dotąd. Gaszę latarkę. Cisza przerywana dźwiękiem spadających kropli, całkowita, wrzynająca się w świadomość ciemność i niepewność tego, co zobaczę. To działa na mnie w jakiś dziwny sposób. Jakby pojawił się obok duch, wcale bym się nie zdziwił.
Wybieram pierwszy korytarz , aby oddalać się od Wisły, bo tam kanały się kończą. Nachodzi mnie myśl, że jeśli pójdzie tak dalej, to nie trafię z powrotem. Cholera, że nie wziąłem jakiejś kredy czy flamastra do oznaczania drogi! Ale nic to, i tak na pewno zechcę wyjść, kiedy już zrobi się ciemno, a wtedy będzie łatwiej pozostać niezauważonym. Tylko żeby nie trafić na studzienkę w jezdni, bo może być problem.
Gdy dochodzę do kolejnego rozwidlenia, znów dobiega mnie jakiś obcy dźwięk. Tym razem wyraźnie słyszę go z korytarza po prawej stronie. Podążam w tamtym kierunku. Czyżby jakieś służby tu zeszły? A jeśli tak, to czy powinienem im się pokazywać? Ale idę, najwyżej pogonią mnie, gdzie pieprz rośnie. Odgłosy stają się coraz głośniejsze.
Zatrzymuję się. Wyraźnie słyszę chlupanie stawianych kroków, ściszone głosy. Zaczynam się przysłuchiwać. To brzmi jak cicha rozmowa dwóch mężczyzn. Kurde, mówią coś o tym, że muszą jak najszybciej dostać się na Mokotów.
Ruszam w tamtym kierunku. Ciekawe, jak są daleko, bo zdaję sobie sprawę, że dźwięki w takim kanale mogą rozchodzić się zupełnie inaczej niż na powierzchni albo choćby w korytarzach szkolnych. Może i wielką rolę odgrywać sama percepcja, która jest wyczulona na inność, na dostrzeganie zagrożeń, ale i czegoś, co by ekscytowało. Przyspieszam, ale staram się być jak najciszej; każdy krok stawiam najpierw palcami, aby rozciąć wodę, a dopiero potem całą stopę. Już przyzwyczaiłem się, że dno pod wodą jest jednolite i pod tym względem nic mi nie grozi.
Dochodząc do kolejnego rozwidlenia, widzę przed sobą słabe światło. Widoczność jest niezła, na kilkanaście metrów, ale światło jest rozmyte, niewyraźne. Przez moment nie wiem, co robić. A co, jeśli moje wtargnięcie zgłoszą na policję? Ale z drugiej strony prędzej mnie pogonią. Wyciągam nogę i idę, niech się dzieje, co chce!
Widzę dwóch mężczyzn ze słabym światłem. Stoją naprzeciwko siebie i o czymś szepczą. Obaj mają coś przewieszone przez ramię. Wygląda to jak jakiś niezbyt długi wysięgnik do czyszczenia, przepychania albo coś podobnego.
– Dzień dobry – mówię z daleka.
Obaj nagle się odwracają, błyskawicznie ściągają z ramion te wysięgniki i kierują w moją stronę. Słyszę metaliczny dźwięk.
– Stój, kto idzie! – krzyczą chórem.
Dociera do mnie, co to za odgłos. Staję w miejscu i podnoszę odruchowo ręce do góry.
– Nawet nie drgnij! – krzyczy facet po lewej.
Nogi robią mi się miękkie, jakbym stanął po przebiegnięciu maratonu. Słyszę za sobą ciurkanie wody i przez moment zastanawiam się, czy nie popuściłem. Zdaję sobie sprawę, że nie mam kontroli nad zmysłami. Mężczyzna po prawej oświetla mnie słabą latarką, mierzy od stóp do głowy i pyta:
– Kim jesteś?
Nie jestem w stanie powiedzieć ani słowa. Próbuję, ale nie mogę.
Nadal z wymierzonymi karabinami idą w moją stronę. Już nawet nie wiem, co czuję. Wszystko miesza mi się w głowie. W końcu spinam się i próbuje wydusić choćby słowo:
– Ja… tu… przepraszam…
– Jesteś Polakiem? – pyta ten po lewej.
– Tak.
– Co tu robisz?
– Nudziło mi się… więc zszedłem do… kanałów… – bełkoczę.
– A skąd idziesz? – wtrąca gość po prawej.
– Z okolic Puławskiej, z Mokotowa.
– Mokotów już padł, czy jeszcze się trzyma? – ciągnie ten sam.
Znów nie wiem, co mam powiedzieć. O co mu chodzi?
– Ale… karabiny – mówię.
Obaj spoglądają sobie w twarz i po chwili opuszczają broń.
– Bo jeśli już padł, to idziemy dalej, na granice Warszawy. Poczekamy, aż Ruscy wejdą i wtedy uderzymy. – Mężczyzna robi w moją stronę jeszcze kilka kroków. Staje metr przede mną. – A co to za latarka? Takiej nigdy nie widziałem. – Bierze ode mnie bez pytania latarkę ładowaną przez usb, którą kupiłem na eBayu.
– Normalna, akumulatorowa.
– Ciekawa. – Ogląda dokładnie i oddaje. – A ty nie walczysz?
– Ja?… Ale jak to?… – Zupełnie nie wiem, o czym mówią.
– Co, pewnie masz rodzinę i musisz ich wyżywić?
Nagle dobiega mnie potężny huk gdzieś nad głową po lewej stronie. Wszystko się zatrzęsło, a ze ścian posypały się odłamki betonu. Znad mojej głowy odpadł spory kawał, przeleciał mi obok ramienia, ale też pociekła spora ilość wody, wprost na latarkę. A nie jest wodoodporna.
– Dobra, nadal są walki, więc idziemy – mówi facet po lewej. – Jeszcze Polska nie zginęła! – krzyczy na całe gardło.
– Kiedy my żyjemy! – dodaje drugi.
Obaj odwracają się i odchodzą w stronę, skąd przyszedłem. Ja stoję nadal w miejscu, nie wiem, co mam robić. Odgłosy kroków cichną i znów zalega dudniąca w uszach cisza przerywana przez bulgotliwy dźwięk spadających kropel. Latarka mi nagle gaśnie, na pewno zalała ją ta woda sprzed kilku chwil. Przez moment stoję w ciemności. Po raz kolejny opanowuje mnie stan wręcz magiczny, jakbym doznał cudu.
Godzinę później gramolę się pierwszym lepszym włazem na powierzchnię. Ten akurat jest na pasie pomiędzy jezdniami. Gdy podnoszę właz, po raz kolejny czuje ból palca. Dobiega mnie świeży zapach powietrza. Nie sądziłem, że świeżość może tak pachnieć. Mrużę oczy od światła słonecznego. Cisza z kanałów teraz przeradza się w jeden wielki niekończący się szum miasta: dźwięki przejeżdżających samochodów, dzwonienie tramwaju, klakson w oddali. Znów jestem u siebie.
W końcu wychodzę na powierzchnię. Wokół kilka osób, które patrzą na mnie jak na ducha. Nic sobie z tego nie robię. Zamykam właz i idę w stronę domu. Mam do przejścia pewnie ze dwa kilometry. Patrzę na siebie: ubranie mam mokre i ekstremalnie brudne, śmierdzę ściekami.
Nagle staję przed budynkiem na ulicy Oleandrów. Przede mną wejście do budynku wyłożone marmurem, a na nim ślady krwi. To pewnie te, o których słyszałem.